Ks. Mieczysław Pająk
Aktualności
  • W fazie upiększeń

    Zasady zysku, handlu, lukratywnego biznesu na dobre pochłonęły umysły i serca nie tylko bogatej Ameryki (czego […]

  • Sztafeta nie olimpijska, ale misyjna

    Od wieków przeciętny człowiek pożąda chleba i igrzysk. Te ostatnie z Rio przebrzmiały, bezpowrotnie odeszły do […]

Imieniny

Zaklęty, ale czy fortunny taniec wiedźm?

Obserwując życie na układance równoleżników i południków otulających ziemski glob niczym zakupowa siatka dorodnego arbuza, można się wiele nauczyć o odmienności ludzkiego rozumowania i postępowania. Ostatnio uległo weryfikacji moje ogólnoludzkie podejście do łatwego sukcesu. Mam na myśli powiedzenie, że nie wszystko złoto, co się świeci. Jak zauważamy z poprzednich wpisów, mieszkam w okolicach, gdzie ciekną żyłki tego drogocennego kruszcu. W moim regionie złoto jest łatwo dostępne; do tego stopnia, że po ulewnej burzy dzieci niosą w miednicach wodnisty muł nad rzekę, aby tam powybierać piasek, drobinki prawdziwego złota. Choć w miligramowych ilościach, ale mogą je spieniężyć i coś kupić za to. Jednak takie nadzwyczajne okazje zdarzają się w mojej wiosce wyjątkowo rzadko. Ogólnie szczęśliwi znalazcy rzeczywiście się bogacą, jednak pechowcy często doprowadzają się do nędzy i rozpaczy. Są i tacy, którzy przez złowrogi blask złotej mamony tracą życie.

Poblask zlota-1Ostatnio przyszło mi stanąć nad trumną mężczyzny w sile wieku. Jednakże przypadki śmiertelne młodych zapaleńców nie odstraszają ogółu poszukiwaczy, ogarniętych gorączką złota. Pola a raczej moczary, grzęzawiska, bagna nierzadko są przyczyną różnorodnych schorzeń. Są to najczęściej mocne grypy, malarie mózgowe, zakażenia bakteryjne. Nasz szpital w niektóre dni pęka w szwach, będąc na granicy wyczerpania możliwości przyjęć. Zdarzyło się, że dostarczono młodego poszukiwacza w stanie agonalnym z kopalni złota leżącej 20 km od szpitala i udało się go odratować. Ale są też przypadki odwrotne, że nasza konwencjonalna medycyna nie jest w stanie pomóc, jeśli pacjent wpierw był leczony przez czarodziejskich trucicieli, którzy szpikują chorych czym się da.

Jeszcze bardziej przeraża stan ducha ogółu pospólstwa, które nadciąga z różnych okolic w miejsce, gdzie pojawiło się złoto, a raczej natrafiono na nie przypadkowo. Sama wioska Ndolobo licząca dotychczas ok. 6 tys. mieszkańców nagle powiększa się, jak nieoficjalnie mówią tubylcy, do 24 tys. Zaś ci, co mieliby ochotę pogrzebać w swoim rejonie, a nie przemieszczać się i ryzykować życiem, uciekają się do tradycyjnych wierzeń i przesądów. Przyszło mi właśnie zmierzyć się z nimi ostatnio.

Wybrałem się do tej „złociutkiej wioski” Ndolobo z myślą, że może mnie nie wygonią stamtąd, kiedy pójdę im odprawić Mszę św. Obawiałem się, że mogą nie życzyć sobie świętych czynności Białego, bo najczęściej szczęścia szukają u czarowników. To u nich kupują talizmany, fetysze i inne rzekomo magiczne cudeńka; mogą nawet nabyć ducha człowieka wcześniej uśmierconego przez czarownika, aby mógł pracować niezwykle skutecznie w majętnym kawałku ziemi dla płacącego adepta pochłoniętego złotą manią, który pragnie się szybko dorobić. Jak widać na Czarnym Lądzie gorączka złota może się z konieczności udzielać także istotom z zaświatów, jakby mało było żywych kopaczy. 🙂

Daleko mi było jeszcze tego dnia do celu mojej wyprawy. Przejechałem zaledwie 32 km (w całości miałem zrobić 67 km) i nagle przed samochodem na skrzyżowaniu jednej z dużych wiosek w sąsiedniej gminie zablokował mi drogę tłum młodych ludzi. Byli podminowani, gestykulując wygrażali mi, wyzywali. Po bezowocnym przekomarzaniu się z nimi nakręciłem wóz, aby wrócić do swojego domu. Oj, nie przyszło mi to łatwo; spędziłem przecież na fatalnej, dziurawej drodze już ponad 1,5 godziny i odwrót kosztował mnie sporo nerwów, o paliwie już nie wspominając. W drodze powrotnej zatrzymałem się u znajomego katechisty prosząc o objaśnienie sprawy. Całe zajście według tego znawcy zagadnienia okazało się rzeczą niebagatelną.

Cała gmina (tzn. kilka wiosek) zadecydowała, że złoto musi również zaświecić w ich rejonie. Po co oni mają iść w inne strony i tam szukać szczęścia. Starszyzna i młodzież wspólnie podjęli zatem decyzję, że należy wrócić do starej, uświęconej wiarą przodków praktyki: zatrudnią do tego czarownice, wiedźmy, które swoim niewidzialnym tańcem odczarują niezasobną, „bezzłotną” ziemię. A wówczas wody i rzeczki trysną cudnym złotem. Nikt też z obcych, a tym bardziej ja Białas – jakby to tubylcy powiedzieli w swoim sango – człowiek Boga, nie może im w tych zbawiennych dla nich działaniach pomieszać szyków, z natury pogańskich. A dlatego pogańskich, że w normalnym, nie tak alertowym toku ich życia, te wiedźmy są rzeczywistym zagrożeniem w życiu wioski. Co innego w bardzo pilnej sprawie, jeśli przykładowo społeczność gminy zda sobie nagle sprawę z braku własnych kopalń złota; wtedy nie tylko duchy zmarłych, ale nawet czarownice mogą się do czegoś przydać. 🙂 Na co dzień wiedźmy są uosobieniem szkodliwego ducha likundu, które skoro się z nim zadają, zasługują na śmierć. I co się ostatnimi czasy zdarzało, że nawet żywcem grzebali w ziemi takie podłe sekutnice. Z kolei ja, gdybym natknął się na ich tajemny taniec, też ryzykowałbym życiem, mogły mnie one po prostu „zauroczyć na śmierć”, czyli zaszczepić nieuleczalną chorobę.

Poblask zlota-2

Zawrócono mnie z drogi, ale nie poddałem się ich manewrom. Następnego dnia ciemnym rankiem o godz. 5, inną drogą ruszyłem na piechotę 17 km do wioski, którą zamierzałem odwiedzić. W drodze Pan z nieba hojnie wynagrodził mi trudy dnia poprzedniego piękną, bezdeszczową, słoneczną pogodą, przeprawą pirogą przez wielką rzekę Lobaye i dobrodziejem, handlarzem złota, który – po moich 10 km piechotą – nadjechał i zechciał mnie darmowo podrzucić do celu swoim nowo nabytym chińskim motorem. Wróciłem stamtąd bogatszy o nowe doświadczenie, że złoto ma też swoje ciemne odblaski, a wiedźmy nie muszą być aż tak wstrętne i podłe, w końcu mogą się też do czegoś przydać, jak to uprzednio nadmieniłem. Dla mnie ani złoto, ani czarownice najbardziej czarujące nie dają szczęścia w poszukiwaniu dróg do najcudowniejszego miejsca, które błyszczy ponad wszelkie złoto i kryształ.

Cisną się w tym miejscu słowa proroczej Apokalipsy św. Jana: „w zetknięciu z wodą życia, lśniącą jak kryształ, wypływającą z tronu Boga i Baranka, nic godnego już klątwy (ni czarów) nie będzie” (Ap 22, 1-3). A autor Listu do Hebrajczyków poucza, że „Ten [Syn], który jest odblaskiem Jego [Bożej] chwały i odbiciem Jego istoty, podtrzymuje wszystko słowem swej potęgi, a dokonawszy oczyszczenia z grzechów, zasiadł po prawicy Majestatu na wysokościach” (Hbr 1,3). Sięgając wstecz do czasów starotestamentalnych zauważamy, że król Saul kiepsko wyszedł na wizycie u wróżki (1 Sm 28). Ale jak to już w poprzednim wpisie nadmieniłem, Smętek nie śpi. Również w naszym, jakże racjonalnym, rzekomo ucywilizowanym europejskim świecie, iluż ludzi ucieka się do zabobonnych praktyk w postaci: horoskopów, amuletów, jasnowidztwa, gabinetów specjalistycznych, programów telewizyjnych z przepowiedniami wróżbiarskimi itp. Zgódźmy się w tym miejscu ze stwierdzeniem, że wszystko to magia, na miarę nowych zabobonnych religii. I skoro tak jest, było i chyba nadal będzie, to nie wszystko musi do końca być głupotą i prymitywizmem. Każdy gdzieś, z czymś, lub z kimś wiążę swoją łatwiejszą przyszłość. Dla nas jedyną i pewną jest ta obecnie odkrywana Przyszłość w Bogu. I to już teraz w Niej jesteśmy obdarowani prawdziwym złotem, któremu ani mól, ani rdza, ani złodziej niestraszni (Mt 6,19).