Ks. Mieczysław Pająk
Aktualności
  • W fazie upiększeń

    Zasady zysku, handlu, lukratywnego biznesu na dobre pochłonęły umysły i serca nie tylko bogatej Ameryki (czego […]

  • Sztafeta nie olimpijska, ale misyjna

    Od wieków przeciętny człowiek pożąda chleba i igrzysk. Te ostatnie z Rio przebrzmiały, bezpowrotnie odeszły do […]

Imieniny
Nr Konta: 76 8804 0000 0001 0026 3144 0001

Sztafeta nie olimpijska, ale misyjna

Od wieków przeciętny człowiek pożąda chleba i igrzysk. Te ostatnie z Rio przebrzmiały, bezpowrotnie odeszły do lamusa historii, zakończyły swoją „karierę”, choć jakoś jeszcze żyją w postaci Paraolimpiady, dostarczającej wcale niemałych emocji. Za rozrywki płaci się dziś olbrzymie pieniądze, nieważne za jak wielką cenę; czy uczciwie, czy z pomocą nieczystej zagrywki, chce się zyskać sławę, wdrapać się na podium, wydrzeć zwycięstwo rzutem na taśmę – a wszystko po to, aby na szyi zawisł mały krążek najlepiej z najcenniejszego kruszcu, symbolizujący ten starożytny wieniec laurowy. Co gorsza, zdarzają się przypadki, że tak naprawdę nie o medale toczy się bój, ale o wyższy stan konta, na który można liczyć po sukcesie… Ach, gdzie te olimpijskie ideały? Podziwianie nadludzkich wyczynów, ekscytowanie się czyimś kosztem, ślepy doping, podnoszenie sobie adrenaliny to wszechobecne zjawiska, nawet tutaj w zapadłej dżungli.

Jeszcze niedawno ekscytował mnie piłkarski turniej we Francji Euro 2016, chociaż bynajmniej nie na ekranie telewizora czy komputera, ale poprzez tubylców mojego Bagandu. Kto by z nas Europejczyków, dumnych ze starożytnych olimpijskich tradycji pomyślał, że tutaj w dżungli, śmiem twierdzić, więcej młodzieży oglądało mecze piłki nożnej, niźli gdzieś na wiosce w Polsce. U nas w singlowych pokoikach w fotelu lub w pubach rozgrzanych emocjami do czerwoności, a tutaj w szopie z kijów i błota, która może pomieścić 100, w porywach może nawet 200 zaciekłych kibiców. Za niewielką sumę 1/6 euro, w nieprawdopodobnym ścisku, z przestrojonymi na maksa kolumnami, ale za to z takim aplauzem, że będąc w odległości gdzieś do pół kilometra od kibicowskiego epicentrum mogłem wiedzieć, ile goli padło w oglądanym meczu.

W trakcie Olimpiady w Rio już nie było tak głośno na naszej wiosce i nie wyzwalała ona tylu emocji co Euro. Duża liczba dyscyplin, różnorodność drużyn – to wszystko nie pozwalało skupić się potencjalnym kibicom i sprecyzować swoich upodobań w stosunku do jakiejś konkretnej konkurencji. W wielkim gronie mnogość dyscyplin sportowych nie emocjonuje tak bardzo jak ciekawy mecz piłkarski.

dach-final-04

Ostatnie miesiące i tygodnie prac na naszej Misji były areną iście sportowych zmagań, za które chciałem odznaczyć chociażby dobrym słowem naszych „wyczynowców”. Tak się składało, że jedni odlatywali, a następni przyjeżdżali, aby przejąć pałeczkę robót po poprzednikach. Byli długodystansowcy i sprinterzy na krótkim dystansie. Zawodowcy olimpijscy nie dorównywali naszym „olimpijczykom”. Wszak nasza kadra robocza nie miała za zadanie iść na pojedynek przeciwko komuś, ale pokonywała dzielnie najróżniejsze przeszkody – zmęczenie, dyskomfort i wiele innych, wynikających z codziennych misyjnych wyzwań. A przede wszystkim nic nie dostali w zamian za swoje arcymistrzowskie wyczyny. Wszyscy oni uosabiają to co najlepsze w sportowych zmaganiach, gdzie materialne korzyści nie są najistotniejsze, o czym bardzo wielu zawodowych sportowców nie pamięta. Nasi misyjni „olimpijczycy” w sztafecie łańcucha dobrych, pomocnych serc, mogą zyskać coś najwspanialszego – wewnętrzną satysfakcję i ten laur, „niewiędnący wieniec chwały” (1 P 5, 4), „wieniec życia” (Ap 2, 10), „wieniec sprawiedliwości” (2 Tm 4, 7-8), który na końcu odłoży Pan, za wytrwałość w wyznaczonych im zawodach.

Na zawodowca pierwszej klasy kwalifikuje się Marek pilot (patrz wcześniejsze wpisy, np. Szkoleniowcy wysokich lotów), który przez 4 miesiące wytrwale walczył z wszelakiego rodzaju usterkami na Misji i w szpitalu. Swój pobyt na afrykańskiej ziemi zakończył w pięknym stylu czyszcząc, reparując zaniedbane i potłuczone stacje Drogi Krzyżowej, kupując zarazem nowe. Przy okazji stare, sprzed lat formy odlewów stacji zupełnie odnowił i sprawił na Misję śliczną statuę Matki Bożej z Lourdes do przyszłej groty przy nowym kościele; sprowadził z Polski wiele gadżetów i niezbędnego sprzętu.

Drugie jakże ważne ogniwo sztafety stanowiła przez wakacyjne miesiące para narzeczeńska – Lucyna i Grzegorz. Ona zapragnęła powtórzyć sobie sprzed lat swoje prace w roli dyrektorki przedszkola na zachodniej misji RCA u Polaków. On zostawił swoje zarobkowe prace pod Londynem, aby udać się w nieznane, ale pod opieką swojej odważnej damy serca, która go zwerbowała. Wolontariacko, zupełnie darmowo poświęcili szpitalowi swój czas i pieniądze w trakcie przerwy technicznej placówki. Lucynka wytrwale uczyła z Madzią (naszą stałą współpracowniczką dyrektorki Izabeli) dzieci w sali formacyjnej szpitala. Radości było bez liku. Dzieciaki zgłosiły się hurmem. Dziwiło nas, że pozostawiły familijne żniwa zbierania gąsienic w lasach, aby przyjść na wakacyjne tygodnie i pouczyć się w wielce profesjonalnym stylu języka angielskiego, francuskiego, matematyki z użyciem rekwizytów i przy mistrzowsko zastosowanych metodach szkoleniowych. Najwięcej jednak dodawały im animuszu codzienne porcje dożywiania. Grzegorz hakował, jak nikt z tutejszych fachmanów, przy układaniu płytek w sali OIM i w ubikacjach; ponaprawiał co było potrzeba, odmalował niektóre sale.

Zawodnik numer trzy to lekarz urynolog, który przyleciał do nas z Warszawy. Ale jego talent był iście doktorski, nie tylko przez to, że posiada prawdziwy doktorat z medycyny, ale świetnie radził sobie przy innych operacjach nie tylko z własnego warsztatu lekarskiego. Nasz miejscowy technik, chirurg, „Dziadzia Major” – jak go popularnie nazywamy – wreszcie poczuł medyczną wenę, która już chyba usypia na jego ramieniu, bo biedak liczy sobie lat 70, a mimo wszystko wykonuje podstawowe operacje.

Sztafetę w biegu z łańcuchem pomocnych serc zamyka drużyna seminarzystów, stażystów z Tarnowskiego dach-final-05Seminarium. Przylecieli 3 młodzi, odważni, chłonni wrażeń pod egidą swojego twardorękiego trenera – ojca duchownego Stanisława, który przed 11 laty pracował 7 lat na misji w stolicy RCA. Co prawda Ojciec Stanisław po 3 dniach prac padł chory na malarię (na szczęście po krótkim czasie powrócił do sił), ale reszta drużyny parła z pracami do przodu. Ich pobyt to sprint 10-dniowy, ale za to bardzo pomocny dla mnie w organizacji pracy misyjnej w samym naszym mieszkalnym domu i przy pracach budowlanych nowego kościoła. Warto zapoznać się z pasjonującą relacją z pobytu alumnów w Afryce, którą sporządził jeden z nich.

http://www.ogniskomisyjne.wsd.tarnow.pl/index.php/nasze-staze/staze-misyjne/staze-misyjne-2016/rca-2016/297-druga-relacja-z-rca

A prace przykościelne są niezwykle widowiskowe dla publiki całej wioski i okolic. Zabłysnął dach, zaiskrzył krzyż na szczycie kościoła niczym jupitery stadionu w Rio. Nietypowa na tle okolicy budowlana maestria domu Bożego chwali i tych miejscowych budowlanych zawodników. Choć jakoś nijak oni nie pasują do pasjonatów robót wyczynowych w stylu gości odwiedzających naszą Misję. Miejscowi młodzi pracownicy budowlani na hasło: „szczęśliwcy znaleźli w pobliskiej ręcznej kopalni złota równowartość 50 tys. euro!!!” opuścili szeregi robocze i udali się w poszukiwaniu nęcącego kruszcu. Za analogiczny sportowy czyn w Rio najpewniej czekałaby ich dyskwalifikacja i taką też karę wymierzył im kierownik budowlany: nie mają już prawa powrotu do pracy przy kościele.

dach-final-01

Zaś sam szef firmy wykonawczej na moje uwagi co do jakości robót, dwa razy dawał nogi z pola walki i raz pociągnął za sobą całą ekipę, która pauzowała 2 dni, a za drugim razem roboty przerwał wykłócając się ze mną, że nie mam prawa go pouczać w podstawowych sprawach budowlanych, bo on już prowadził budowy nie tylko w RCA, ale nawet w Czadzie i Nigerii. Ale gdy mu stanowczo zagroziłem, że tak ewidentny błąd w rozmieszczeniu łat pod blachę zweryfikuje nawet sam miejscowy biskup i mimo jego błędów podniosę mu stawki za wykonanie całości kościoła, nagle zmienił zdanie, że nie będzie opuszczał budowy. Tłumaczył się perfidnie tym, że kto się upiera przy swoim i rezygnuje z pracy jest w niewybaczalnym błędzie, w ciężkim grzechu. A taki już właśnie wcześniej sam popełnił i właśnie teraz ponownie wystawia moje nerwy na próbę. Taki zafałszowany walkower w jego wydaniu bardzo mnie psychicznie osłabił, ale sam nie mogłem kapitulować. Chociaż aż się prosiło, żeby postawić na swoim i zdyskwalifikować go z dalszych robót; powinien wylecieć na aut, ewidentnie należała mu się czerwona kartka za takie zachowanie. Jak gdyby nigdy nic się nie stało, już następnego dnia, kolejne dwie płaszczyzny dachu zrobił według pomiarów, które mu wytyczyłem i nie miał obiekcji, ni słowa przeproszenia nie wydobył z siebie za kategoryczne odrzucanie moich poprawek.

Przeżywałem też kilka innych sytuacji mrożących krew w żyłach przy okazji wykonywania niektórychdach-final-06 prac, które wymagały precyzji i większego wysiłku. Krzyż przytransportowany z Polski rzucał się mocnym cieniem na całość pojedynku w zmaganiach o długo wyczekiwany finał założenia więzarów dachowych. Wieża uspawana z części pochodzących z kopalni Chińczyków była idealnym środkiem do celu, aby zatknąć na szczycie ten świetlisty (notabene: wykonany z nierdzewnego, błyszczącego kajneru) znak zwycięstwa naszego Pana. Ale jakież było może zdziwienie, że wieża metalowa, całkowicie stabilna oraz idealnie dźwigający duże ciężary wielokrążek, nie spasował robotnikom na wysokościach. Nie byli w stanie przy pomocy sznurów na krańcach krzyża utrzymać jego poziomu, aby go osadzić na wcześniej przyśrubowanej stopie. Niestety zamiast prężyć mięśnie, kiedy on się przechylał na przeciwną stronę, to one im wiotczały i rezygnowali z dalszego wysiłku. Dopiero sami, już bez mojego udziału, zbili sobie tak chwiejną konstrukcję, że zostawało mi tylko się modlić i patrzeć czy przypadkiem nie nastąpi jaka tragedia, bo wyginająca się wieża (przy której ta w Pizie to konstrukcyjny ideał), gdy runie, potrafi uśmiercić niejednego.

dach-final-02

Finał prac jest jeszcze daleko od mety, ale cieszy i raduje serce to, że aż tyle przeszkód udało się przezwyciężyć, aż tak dużo potrzeba było zaparcia i starć, i ciosów, i uników, ale na szczęście nikt nie padł na ringu znokautowany. Bieg trawa nadal, a tym którzy w jakiś sposób mniej lub bardziej bezpośredni czy przez dalszy doping towarzyszą naszym zmaganiom chwała, honor i należne podzięki za nadzieję, wiarę w Tego, który wszystko zwycięża i jest naszym ostatecznym Zwycięstwem i wiarę w to, że z Nim można wszystko pokonać. Biegnijmy więc wspólnie dalej.