Ks. Mieczysław Pająk
Aktualności
  • W fazie upiększeń

    Zasady zysku, handlu, lukratywnego biznesu na dobre pochłonęły umysły i serca nie tylko bogatej Ameryki (czego […]

  • Sztafeta nie olimpijska, ale misyjna

    Od wieków przeciętny człowiek pożąda chleba i igrzysk. Te ostatnie z Rio przebrzmiały, bezpowrotnie odeszły do […]

Imieniny
Nr Konta: 76 8804 0000 0001 0026 3144 0001

Szkoleniowcy wysokich lotów

Praca misjonarska jest wtedy satysfakcjonująca, gdy misjonarze mają swoich współpracowników i to nie tylko w dziele głoszenia Ewangelii. Aby misja żyła na co dzień Duchem Bożym i naprawdę skutecznie realizowała kolejne cele musi mieć grono ludzi sobie oddanych. Gros takich cichych pomocników, dla nas tu na miejscu często incognito, nikt z kapłanów misjonarzy pewnie nigdy nie zliczy ani nie pozna. Oni łożą na rzecz misji swoje wyrzeczenia, ofiary, modlitwy, nie liczą czasu ani pieniędzy, aby wspomagać dzieła misyjne. Ich pomoc nie ujdzie uwadze Pana, który „widzi w ukryciu” (Mt 6,18) i w stosownym czasie wynagrodzi wszelkie trudy.

Jednak na ich tle wyróżniają się realni wolontariusze misyjni. To Ci, którzy są z nami tutaj na polu działań misyjnych. Zawsze zastanawia mnie, co kryje się w sercu młodych ludzi, że podejmują ów skok w nieznane – potrafią przerwać studia, pracę, nawet zostawić chorą matkę czy ojca; wbrew ustalonym planom osobistego życia, zadają sobie trud wręcz niesłychany – decydują się na szaleństwo pracy w tak odmiennym dla siebie świecie.

pigmeje wolontariuszkaOstatnimi czasy zasiliła nasze misyjne szeregi w Bagandou młoda nauczycielka z okolic Tarnowa – Madzia. Po ukończeniu rocznego kursu formacyjnego w Warszawie zdecydowała się przyjść w sukurs dyrektorce naszego szpitala. Nie lada wyzwanie przed nią: młoda misjonarka musi opanować nie tylko tutejszy język, poznać podstawy leczenia, ale także staje oko w oko z pokaźną machiną szpitalnych obowiązków, aby objąć kiedyś zarząd szpitala.

Skąd ten jej pomysł na życie tutaj? Czyżby zmęczenie pracą w polskiej szkole? Bynajmniej! Miała doskonały kontakt z dziećmi i młodzieżą, nie tylko w szkolnej siatce godzin, ale również w przyparafialnych kółkach misyjnych, diecezjalnych animacjach z dziećmi i młodzieżą. Tak więc powołanie misyjne się ugruntowało, niczym figa ucukrowało i wydało plon. A teraz czeka ją walka o jeszcze więcej: być pożyteczną dla wielu.

Mniej intrygująca jest dla mnie decyzja weterana, nietypowego śmiałka wśród wolontariuszy misyjnych, który zdecydował się na przylot do nas. Takim właśnie śmiałkiem nie zawahałem się nazwać wsławionego w bojach misyjnych w RŚA – Marka Pilota. W zupełności należy mu się miano i pilota, i śmiałka (ani jedno, ani drugie to nie nazwisko). Jako wykwalifikowany pilot przyleciał pod afrykańskie, słoneczne niebo nie tyle z własnej woli, ale raczej to sam Bóg zesłał go misjom cenrtalnoafrykańskim. Przed laty, w 1990 r., odważył się zrobić próbny przelot jednosilnikowym samolotem mieleckiej produkcji An-2 do tutejszej stolicy Bangui. Był to nie lada wyczyn, taką maszyną udać się w poprzek Sahary…

Marek Pilot-4

Innym razem uciekając przed śmiertelną zemstą jednego ze swoich pracodawców – króla nigeryjskiego – znalazł się ponownie w Bangui. I tak zapuścił korzenie w dawnej ekipie polskich misjonarzy w Bimbo, dzielnicy stolicy Bangui.

To nasi tarnowscy misjonarze uratowali mu w jakimś sensie życie, kiedy zapadł na bardzo poważną malarię. Potem potrafił im się znakomicie odwdzięczyć: pracując jako pilot małego turystycznego samolotu, mieszkał przy plebanii misyjnej w Bimbo, stołował się i korzystał z gościnności rodaków, ale i sam będąc złotą rączką reperował co się dało, zarabiając w firmie hojnie wspierał niezasobnych misjonarzy. Okazał się na tyle przystępny dla ziomków z Polski, że zlecili mu przedziwne zadania:

Marek Pilot– otworzył firmę wyrobu figurek do szopki, stacji Drogi Krzyżowej, różnego rozmiaru figur Matki Boskiej przy pomocy form sprowadzonych z Polski. Początkowo robił to sam własnoręcznie, potem nauczył miejscowego młodego katechistę, który świetnie przez lata prosperował dzięki nieswojemu atelier.

– razem z miejscową ekipą murarzy wybudował przy plebanii w Bimbo okazałą grotę maryjną, która do dziś ściąga nieustannie rzesze wiernych modlących się na różańcu i spotykających się w ramach przeróżnych stowarzyszeń przyparafialnych.

– po uzyskaniu przez Marka Pilota sławy wielkiego budowniczego wspomnianej groty, miejscowy proboszcz zlecił mu budowę kaplicy w odległości pół dnia drogi od centrum Parafii pirogą po rzece Oubangui. Na tyle się zżył z miejscowymi skautami, że nauczył ich obsługi kompasu, wytyczania danych przestrzennych, a nawet zrobił im minikurs latania samolotem. Polubili go bardzo; miał ich wszak za super drużynę murarską i transportową na wodzie i to dzięki ich zaangażowaniu wybudował nie tyle kaplicę, ale duży, solidny kościół.

W tej to właśnie nadrzecznej wiosce, gdzie prowadził budowę kaplicy, miałem niezwykłą okazję spędzić z Markiem naście godzin na wielce interesującej pogawędce, słuchając jego nieziemskich (dosłownie 🙂 historii o przygodach powietrznych.

Niewyjaśnionym po ludzku trafem, po 15 latach od tamtego spotkania, przedstawił mi swoje nietypowe, a dla mnie jakże cudowne zamiary. Mianowicie zgodził się przylecieć, tym razem już liniami pasażerskimi, na nowo do RŚA po 15 latach i pomóc mi przy budowie naszego kościoła w Bagandou. Zdecydował, że swój emerytalny, czynny tryb lotnika zawodowca, szkoleniowca, egzaminatora młodych lotników chwilowo zawiesi, aby przynajmniej pół roku spędzić w Bagandou. Tym razem całkiem przyziemnie w dżungli, wśród Pigmejów, w towarzystwie ekipy pracowniczej, nadzorując ich pracę i proces stopniowego wzrostu kościelnych murów.

Co za ulga i nadzieja w sercu dla mnie; że wreszcie ktoś kompetentny pokieruje działaniami moich powolnych budowlańców, dogada się z nimi, i ujmie im niemałą ilość problemów, z którymi się spotykają. A jest ich bez liku, tak pospolitych jak chociażby nowe taczki, które bez moich przeróbek nawet worka cementu nie przewiozą; forma do produkcji ażurowych pustaków, która choć nowa, po wykonaniu prosto z warsztatu z Bangui, tu przy wyrobie pustaków rozwala ich ścianki zamiast je formować. To dopiero 2 dni moich przeróbek sprawiły, że wreszcie coś się klei i widok solidnych spiętych żelbetonowymi słupami murów, cieszy oko każdego przechodnia. Budowa luty afryka kościołNiech ten powiew pozytywnych informacji rozraduje serca tych, którzy dobrze mi życzą i żyją nadzieją na więcej przy wykonaniu domu Bożego. A może co odważniejsi pokuszą się o bilet na przyjazd do Bagandou i napiszą swoją piękną misyjną kartę na wzór Marka Pilota i wielu innych jakże zasłużonych działaczy Bożej sprawy. Może to będziesz właśnie Ty, droga Czytelniczko lub Ty, drogi Czytelniku, która/który śledzisz ten wpis? Co daj Boże! Amen.