Ks. Mieczysław Pająk
Aktualności
  • W fazie upiększeń

    Zasady zysku, handlu, lukratywnego biznesu na dobre pochłonęły umysły i serca nie tylko bogatej Ameryki (czego […]

  • Sztafeta nie olimpijska, ale misyjna

    Od wieków przeciętny człowiek pożąda chleba i igrzysk. Te ostatnie z Rio przebrzmiały, bezpowrotnie odeszły do […]

Imieniny

Polska klinika w Afryce

Pozdrawiam serdecznie z egzotycznego świata, który powoli staje się dla mnie swojskim, a ja za to pozostaje w nim przypadkiem egzotycznym. Śpieszę, by choć od czasu do czasu dać znać, że żyję, że domniemani kanibale mnie jeszcze nie napoczęli. Jak na razie mam się zupełnie dobrze i radość serce rozpiera, że nasze plany szpitalne nareszcie zaczęły nabierać realnych kształtów. Nasza misja katolicka w afrykańskim buszu nie tylko ma teraz za zadanie ewangelizować tutejszych tubylców słowem, ale również i czynem, i konkretną pomocą najbardziej doświadczonych przez choroby.

Jak już zapewne Wam wiadomo, nasze Centrum Zdrowia w Bagandou doczekało się inauguracji i rozpoczęło swoją działalność medyczną. Mamy prawdziwie POLSKI SZPITAL w dżungli imienia bł. Jan Beyzyma, gdzie pracują trzy Polki: dwie doktorki i jedna pielęgniarka. Szkolą sobie również ekipę 4 miejscowych, afrykańskich pielęgniarzy, choć jest to nie lada przeprawa nauczyć ludzi higieny i medycyny, kiedy z nią nie mieli nic wspólnego przez całe życie. Szpital ruszył od niedawna. 16 sierpnia br. odbyły się pierwsze konsultacje, a po paru dniach sale wypełniły się chorymi wymagającymi dłuższej opieki. Od otwarcia szpitala do ok. 2 miesięcy zostało skonsultowanych 570 pacjentów, spośród których 150 pozostawało przez kilka dni pod opieką lekarską w szpitalu.

Pracy nasze panie doktorki mają w bród. Ludziska garną się, choć nie wszyscy mają wolny wstęp do naszej polikliniki. Jest możliwość zrobienia chorym USG, EKG, no i pocięcia i pozszywania pacjenta na stole operacyjnym, który tak do końca nim nie jest, bo zrobiliśmy z kozetki zabiegowej, mało operatywny ale przydatny stół do operacji (niestety nie udało mi się znaleźć takiego ekwipunku i wpakować do kontenera, kiedy byłem w Polsce).

Zasadą jest, że dorośli i młodzi przychodzą do szpitala ze skierowaniami od szefa ośrodka zdrowia na wiosce. Przez parę lat wcześniej wioskowy ośrodek zdrowia egzystował marnie bo marnie, a teraz jeszcze konkurencja białych osłabiła mu znacząco strumyczek łatwego grosza. Nasza służba medyczna musi również uszanować tę tutejszą, dawniejszą murzyńską pracę, która nie nazwałbym służbą medyczną, ale mówiąc trafnie choć nie ładnie pracą konowałów. Ludzie o wiele chętniej przychodzą leczyć się do białych, którym leków nigdy nie brakuje, a u ich czarnoskórych ziomków w ośrodku nie ma czasami nawet pospolitych pastylek na nagminną malarię. Tak więc nasza, polska misja medyczna górą.

W przypadkach trudnych, kiedy Afrykańczycy nie radzą sobie, nasze lekarki zadziwiają możliwością wyciągnięcia chorego z omdleń, wysokich temperatur, zapaści, czy ran nie gojących się latami… Przykład: jeden młody człowiek od lat suwał się na pośladkach po ziemi, bo miał tak olbrzymią ranę na podudziu, że nie był w stanie normalnie stąpać. Wystarczyły 3 tygodnie solidnych opatrunków z lekami odkażającymi i stał się niemal cud jak za Jezusowym zawołaniem: Wstań i chodź ! Człowiek zaczął normalnie chodzić i została jeszcze jedynie do zrobienia mała zabiegowa operacja, (co mu obiecała nasza pani chirurg wykonać), że miejsce od lat nie gojące się, a teraz już zabliźnione, pokryje przeszczepem skóry z innej części ciała i nawet nie będzie znać, że był on aż takim nieszczęśnikiem przez wiele lat i pewno by stracił z czasem całą nogę.

Inny przypadek: Przyszła przed miesiącem matka z dzieckiem zagłodzonym do reszty, będącym już w agonii, dosłownie osławione oświęcimskie ofiary lepiej wyglądały jak to dziecko. Rzadko się spotyka podobne widoki dzieci, ale matki murzyńskie są zdolne doprowadzić swoje bądź co bądź pociechy do podobnego stanu. Zamiast najpierw skierować się jakiegoś ośrodka zdrowia, czy do naszego szpitala, to niosą dzieci do swoich znachorów. Oni wytrzymają chore dziecko, mamiąc swoimi czarodziejskimi sztuczkami nieraz aż do końca. Dziecko czy nawet dorosły, zanim zdąży wziąć normalna kroplówkę lub zastrzyk, umiera czasami wcześniej, choć w takich krytycznych stanach niewiele nieraz potrzeba, by człowiek żył. Tak jak to było w przypadku tego malucha, którego nasze doktorki nazwały „trupkiem”. Spisały dziecko już prawie na straty, zaraz je też ochrzciłem, bo nie było widoku, że przeżyje. Jednak po zastosowaniu paru kroplówek wzmacniających, dziecko wróciło do siebie. W ciągu tygodnia, kiedy zaczęło jeść, nabrało tak dużo na wyglądzie, że nikt nie byłby w stanie powiedzieć, że właśnie ten „trupek”, to jest dziecko z policzkami i pojawiającymi się pod skórą mięśniami.

Za te wszystkie cuda chwała Panu, a nam również jakaś potrzeba, by wiedzieć, jak bardzo można wiele uczynić, kiedy chce się drugiemu człowiekowi pomóc, angażując się przez modlitwę, czy w inny sposób w organizowanie takiej pomocy. Tak więc wszystkim zaangażowanym w to dzieło chcę gorąco podziękować, że przez swoje modlitwy i swoje ofiary dzielą dobra na rzecz przemiany tego niewielkiego kawałka naszej dżungli na lepszy, bardziej ludzki, zdatny do zamieszkania świat.

Ks. Mieczysław Pająk