Ks. Mieczysław Pająk
Aktualności
  • W fazie upiększeń

    Zasady zysku, handlu, lukratywnego biznesu na dobre pochłonęły umysły i serca nie tylko bogatej Ameryki (czego […]

  • Sztafeta nie olimpijska, ale misyjna

    Od wieków przeciętny człowiek pożąda chleba i igrzysk. Te ostatnie z Rio przebrzmiały, bezpowrotnie odeszły do […]

Imieniny
Nr Konta: 76 8804 0000 0001 0026 3144 0001

Perfidia odwiecznego obłudnika

Gdy się tak przyjrzymy sensacyjnym doniesieniom obficie płynącym z telewizyjnych ekranów i komputerowych monitorów, to możemy jednoznacznie stwierdzić, że zły nie śpi. Są i tacy, którzy może nawet go proszą, żeby objawił swoją moc. Podobno w paryskim klubie, gdzie zginęło najwięcej ludzi w niedawnych zamachach, tłum przed wkroczeniem terrorystów miał w rytm zuchwałej zachęty zespołu metalowców skandować: „Pokocham diabła i pocałuję go w język”.

ksiądz Mieczysław PająkW moim fachu i proweniencji absolutnie nie jest mi na rękę zaczynać jakąkolwiek myśl od odniesienia do tego bezecnika. Jednak w tym świecie pogańskim, w życiu ludzi niezbyt Bożych, często on właśnie objawia swoją nie do ukrycia, bestialską i destruktywną obecność.

A jego żałosny, smętny pomruk dał mi się ostatnio słyszeć w naszej wiosce. Są wydarzenia zgoła nie do przewidzenia. Mój od lat aktywny i bardzo pomocny majster, wykonawca dużej ilości murarki na misji w centrum i na wioskach przy budowie kaplic, a ostatnio nawet fundamentów nowo budowanego kościoła, ma w swoim rodzinnym dorobku 12-letniego chłopca po jednej z żon, którą już dosyć dawno oddalił. Syn nosi znaczące imię: Kosztowny (fr. Précieux). Jak na ironię okazało się, że ten dzieciak rzeczywiście dużo go kosztuje. Po pierwsze przez długi czas nie mógł zacząć mówić, parę razy był śmiertelnie chory. Jednak po naszych terapiach szpitalnych i zabiegach ojca, chłopiec żyje i nawet mówi. Po drugie jest on troszkę rozchwiany psychicznie i niełatwy w codziennym wychowaniu. Za jakieś wykroczenie dostało mu się solidne lanie od tatusia, co miało być tajemnicą skrzętnie skrywaną przez ojca. Tu też chłopiec spłatał ojcu niebywałego figla.

Po wymierzeniu słusznej, albo raczej jak to bywa w przypadku dzieci afrykańskich, bezlitosnej kary, dzieciak w czasie burzy tropikalnej zniknął bez śladu. Młodzi ludzie z wioski przyjaźni ojcu zaczęli go szukać, ale trwało to nie więcej jak 24 godz. Ojciec – czy to zrozpaczony, czy może nawet już zmęczony wybrykami synalka – wszczął swoją diabelską politykę. Przyczynił się do tego jeden z jego sąsiadów, notabene salowy z naszego szpitala, pospolity pijaczyna. Przyszedł do niego pod wpływem mocnego wypitku tutejszego domowej produkcji, trunku o pokaźnej ilości promili; jął pocieszać i uspokajać ojca, że dziecko się znajdzie i on nawet wie, gdzie chłopiec się podziewa. Takie tłumaczenie było doskonałym pretekstem, aby iść na policję i rozgłosić we wiosce, że znalazł się winowajca, który chce śmierci jego chłopca. Biednego pijaczka zamknięto na posterunku policji, aby samozwańczy wykonawcy miejscowego wymiaru sprawiedliwości (albo raczej niesprawiedliwości), czyli rozwścieczeni, gniewni młodzi z wioski, nie utłukli go na miejscu.

Gdy o tym się dowiedziałem, po moim powrocie ze spotkania diecezjalnego, zawezwałem zrozpaczonego ojca. Dałem mu przede wszystkim coś do zjedzenia i dwie butelki soku, który łapczywie wypił; próbowałem perswadować, że pijakowi się nie wierzy i nie można bezmyślnie posądzać go o taką niedorzeczność, a tym bardziej skazywać na śmierć za li tylko wypaplane po pijanemu słowa. Użyłem w naszej rozmowie mocnego argumentu, że jeśli będzie podtrzymywał takie oskarżenie, to już nie zatrudnię go do żadnej pracy na misji. A tu ważna uwaga, że dzięki naszej misji przez lata zarabiał dwa, a nawet trzy razy więcej w porównaniu z tym, co płacili mu jego ziomkowie. A nadto bardzo chętnie czekał na każde kolejne zlecenie. Kategorycznie zażądałem, że ma ubiegać się o zwolnienie Bogu ducha winnego nieszczęśnika, którego już wsadzono do więzienia prefektoralnego, skąd przyjechała żandarmeria, za wcześniejszą wysoką opłatą ojca.

Obiecałem mu, że wesprę finansowo młodzież w poszukiwaniach chłopca, aby nie rezygnowali i dalej tropili zaginionego. Na drugi dzień rano zjawili się chętni i dostali pieniądze na jedzenie i papierosy oraz latarki, które bezzwrotnie sobie „pożyczyli”. Pan sprawił, że chłopiec na trzeci dzień się odnalazł, sam pojawił się w wiosce bez żadnych obrażeń.

Jednak sprawa zaszła za daleko, więc ojciec rozpętał kampanię zwłaszcza przeciw swojemu głównemu „adwersarzowi” w mojej osobie. A stałem się nim przez podważenie jego oskarżenia skierowanego przeciw rzekomo czarodziejskim knowaniom pijaka. Dla niego było oczywiste, że jeśli pijaczyna zostanie uniewinniony, to całe kłamstwo wyjdzie na jaw i straci reputację. Ależ mi się dostało, ileż inwektyw posypało się na moją głowę; i to publicznie przy całej gawiedzi przed komisariatem na wiosce. Urągano nie tylko mnie, ale nawet personelowi misji łącznie z siostrami zakonnymi. „Wszyscy Białasy i ci, co współpracują z nimi, to podłaki” – brzmiały donośnie słowa naszego jakże dotychczas zawsze przymilnego murarza. No, w tym przypadku tłumaczenie tego zawodu dobrze zabrzmi w dosłowności po francusku: masona.

Ze swoją aferą oskarżycielską musiał zgłosić się już z chłopcem w wyższej instancji w Prefekturze. Co ciekawe chłopiec prawdopodobnie w totalnej traumie, zanim doszedł na komisariat, nocą ponownie zwiał tatusiowi, ale szczęśliwie znaleziono go w odległości 5 km od noclegowego domu na drugi dzień.

Ngombe-2Oj, dostało się przy żandarmerii i nam, i biednemu oskarżonemu. Żeby wyjawił swoje niecne, czarodziejskie knowania, polewano mu roztopionym plastikiem nadgarstki, a słowne nieczystości polały się również na Białych z misji w Bagandou, których tym razem mason powiązał z handlarzami złotem i diamentami. Szybko sprawa ucichła na dobre, kiedy to Dyrektorka naszego szpitala zapłaciła za swojego salowego i wybawiła go być może od kilku lat odsiadki w przerażającym, afrykańskim więzieniu.

Listopad 2015-4No cóż, zły zawinął swym ogonem i na chwilę dał nam spokój, ale smród po nim pozostał. W końcu to właśnie ten mój mason-murarz miał ledwo co podjąć się ze swoimi szwagrami wyrobu cegły, za dosyć pokaźną przedpłatę. Ale jak to z opłaconymi tchórzami bywa – już go więcej nie zobaczę.

Toż to św. Piotr – najlepszy klucznik, odźwierny i rozstrzygający sprawy Kościoła, czyli tego, co w niebie i na ziemi – nie bez przyczyny ostrzegał: „Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć. Mocni w wierze przeciwstawcie się jemu!” (1 P 5, 8-9). Jakżeż tutaj nam potrzeba nie tylko czujności i trzeźwości, ale ciągłej świadomości, że wszędzie, gdzie próbujemy cośkolwiek dobrego robić, musimy się bronić przed matactwami odwiecznego krętacza i wroga planów Bożych. Dla mnie niemal weterana spraw Bożych w pogańskim świecie, diabeł nie jest kimś w rodzaju psotnisia, śmiesznej istoty z rogami i widłami, jak modnie przedstawia się go we współczesnej sztuce i mediach. Jest sam w sobie potężną siłą, jednak w bliskości Jezusa jest bezsilny, bezwolny i tchórzliwy. Jedno mam zawsze pod własnym adresem życzenie: nigdy się go nie bać.

 

Zapraszam również do lektury tekstu: https://wobroniewiaryitradycji.wordpress.com/2015/10/16/blogoslawienstwo-od-wrozki-rece-na-glowie-i-kolejne-inicjacje-diabelskie/