Ks. Mieczysław Pająk
Aktualności
  • W fazie upiększeń

    Zasady zysku, handlu, lukratywnego biznesu na dobre pochłonęły umysły i serca nie tylko bogatej Ameryki (czego […]

  • Sztafeta nie olimpijska, ale misyjna

    Od wieków przeciętny człowiek pożąda chleba i igrzysk. Te ostatnie z Rio przebrzmiały, bezpowrotnie odeszły do […]

Imieniny

Pełzające proteinki

Makongo Afrykańska przekąskaKto z wakacjuszy podążając sobie znanym, odkrywczym szlakiem pośród łąk, pól, na leśnej ścieżynie nie schyliłby się po kuszący kapelusz borowika, maślaka, kozaka, nie zagarnąłby do koszyka kępy jadalnych pieczarek czy opieniek? Takich amatorów leśnych, zbieraczych przygód spotkamy wszędzie, tam gdzie natura dała urodzaj. A w naszym Bożym pojęciu, powiemy, że to sam Pan sypnął z rękawa w swojej szczodrości nieustannej. Któż odmówiłby sobie darmowego przysmaku, li tylko przysmaku – świeżych, nowych smaków letnich czarnych jagód, poziomek, jesiennych grzybów, mali, jeżyn… U Afrykańczyków dary Bożej natury są w wiele wyższym poważaniu, nie tylko dla smaku. Naturalny spichlerz dżungli łagodzi braki podstawowych pokarmów, ich ograniczoność, ciągły zwykły niedosyt codziennych posiłków.

Takim wykwintem tutejszej natury jest: makongo – larwa, gąsienica. To ukochana nazwa tutejszego kraju, manna przez wszystkich błogosławiona. Jest to darmowy cud bezbrzeżnych lasów, który nęci i wciąga. Tylko ktoś chory lub jakiś nieprzeciętny leń w tym czasie letniego „żniwa gąsienic” mógłby przetrwać w wiosce, nie opuszczając osady. Przeważnie wszyscy sprawni: młodzi i starzy, kobiety, mężczyźni i dzieci ruszają na upatrzone od lat polany w buszu, po czasie kompletnie zarośnięte trawą i chaszczami. Jednak tam na znanym sobie terenie rozsiądą się, przygotują szałas i będą czekać aż… niejako z nieba, a właściwie z drzew zaczną spadać tłuściutkie larwy. Opasłe gąsieniczki nie są w stanie utrzymać się kory drzewa, pokrytej ożywczymi sokami, odklejają się od swoich pionowo obranych gniazd; lecą więc na łeb na szyję. Lecz nawet kilkunastometrowa wysokość nie zagraża ich życiu. Mają już na sobie wypasione futerko, obrośnięte puszystym meszkiem. Są i takie wyposażone w podwójny rząd kolców, jednak wszystkie napompowane pożywnym tłuszczykiem proteinowym spadają na ziemię niczym gumowe piłki. Jeśli nie wylądują w misce człowieka, po przepoczwarzeniu odlecą i w lesie zaroi się od różnobarwnych skrzydełek motylich.

Dopiero w porze suchej można mieć wyobrażenie, że ludzie chyba wcale ich tak znowu nie zbierali. Umknęły oczom zbieraczy albo były i takie, co nie mogły znaleźć się na talerzu. Dla białego gąsienica to szkodnik, pasożyt, a dla tubylca gąsienice mają swoiste, jedyne i niezmienne nazwy: makakakange, geregere, babandga, makenekene, ndosi, dingisa, mboyo, mbona, esukudi i wiele innych. Mam wrażenie, że żaden uczony botanik nie poszczyci się takim słownictwem, a tu dziecko wyrecytuje podobną listę bez zastanowienia. I będzie wiedzieć, że tulende jest szkodliwą gąsienicą, można się nią otruć. A te wszystkie wcześniejsze po usmażeniu, ugotowaniu są niebem w gębie.

ks Mieczysław Pająk Bagandou

Może koniec wakacji, kiedy nas powala niszcząca siła upałów, iście afrykańskich, to odpowiedni czas, aby pogrzebać w wirtualnym śmietniku i znaleźć jakieś googlowskie nowinki na temat egzotycznych potraw. A okazuje się, że spece od kuchni mają nam coś do zaproponowania.

Otóż w świecie kulinarnym istnieje wysoko zaawansowana tendencja (do czego przyczynia się nawet FAO – Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa), wykorzystywania w żywieniu nawet tak egzotycznych dla nas dodatków kulinarnych jak insekty. Mistrzowie chochli i widelca prześcigają się w pomysłach, mówią o hamburgerach z szarańczy, paszteciku z gąsienic, kiełbasce z termitów; wszystko sowicie okraszone dużą zawartością protein, które staną się substytutem mięsnym. No cóż, ja pozostaję jeszcze w świecie moich „nieinsekciarskich gustów”, bo niechby się okazało, że kogoś na pająka najdzie ochota. 🙂