Ks. Mieczysław Pająk
Aktualności
  • W fazie upiększeń

    Zasady zysku, handlu, lukratywnego biznesu na dobre pochłonęły umysły i serca nie tylko bogatej Ameryki (czego […]

  • Sztafeta nie olimpijska, ale misyjna

    Od wieków przeciętny człowiek pożąda chleba i igrzysk. Te ostatnie z Rio przebrzmiały, bezpowrotnie odeszły do […]

Imieniny
Nr Konta: 76 8804 0000 0001 0026 3144 0001

Na ile miłosierdzie, na ile sprawiedliwość?

Ostatnie dni roku minionego, jak również początek nowego, to czas obfitujący w różnorodne statystyki, rankingi, sprawozdania podsumowujące, analizy i prognozy dotyczące przyszłości bliższej i dalszej. Mam wrażenie, że kraj, w którym mi przyszło pracować, ma swego rodzaju fart (lub raczej niefart) bycia niechlubnym światowym kopciuszkiem. Ktokolwiek coś orientuje się w ogólnej sytuacji kraju Centralnej Afryki, musiał słyszeć, że jest on w czołówce tzw. krajów upadłych; czyli analizując jakąkolwiek dziedzinę: czy to polityczną, czy humanitarną, czy też gospodarczą, wszędzie widoczny jest dramatyczny regres.

Wizyta Papieża  Franciszka w RPA

fot. podczas wizyty Papieża Franciszka w RPA

A tymczasem dwa ostatnie miesiące roku 2015 w RŚA były jakimś przebłyskiem nadziei na lepszą przyszłość tego kraju. Pod koniec listopada w Republice Środkowoafrykańskiej pojawił się z wizytą apostolską Papież Franciszek. I to właśnie tutaj w katedrze w Bangui zainicjował otwieranie drzwi Miłosierdzia Bożego dla chrześcijan i nie tylko. Tu zweryfikowała się Jezusowa prawda, że „ostatni będą pierwszymi”. Kraj ogarnięty zawieruchą wojenną, ciągłymi potyczkami w stolicy – a jednak nie zamknęło to drogi Papieżowi, który nie zrezygnował z pielgrzymki. Podziwialiśmy go jako misjonarze, sami nie będąc pewni, co się może wydarzyć, kiedy bandytyzmu jest tak wiele. Przeżyłem chwile paniki przed bramą prowadzącą na stadion (miejsce głównej celebry z Papieżem), kiedy nieroztropne służby przez pół godziny ją blokowały. Napierający tłum sforsował bramę dwukrotnie, a za trzecim razem zaczęto strzelać w powietrze. To spowodowało, ze straciłem parę rzeczy, które zakupiłem dla Pigmejów do niesienia darów w czasie Mszy św. Niektórzy Afrykańczycy doznali obrażeń w takim natłoku. Jednak ponad tym wszystkim królowała radość i euforia nie do opisania, że Papież odważył się popchnąć w stronę Miłosierdzia Pańskiego całą mizerię tego ludu pogrążonego w niepewności. Aż cisną się w tym miejscu na usta słowa proroka Izajasza: „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło” (Iz 9,1).

fot. podczas wizyty Papieża Franciszka w RPA

fot. podczas wizyty Papieża Franciszka w RPA

Ta wizyta sprawiła, że muzułmanie zaprzestali odwetów na sporadycznych prowokacjach zbrojnych. Wcześniejsze wiązały się z krwawymi starciami i paleniem dzielnic, gdzie była większość Centralnoafrykańczyków. Ten wątły (ale jakże potrzebny), popielgrzymkowy, papieski pokój pozwolił również zorganizować w grudniu ogólnokrajowe akcje dwojakiego rodzaju: 1. referendum konstytucyjne – 13 grudnia oraz 2. wybory parlamentarno-prezydenckie – 30 grudnia. To wszystko pozwala w jakiś cywilizowany sposób przysposobić nowy rząd i parlament, który miał być przejściowy na jeden rok, a wegetuje już dwa lata.

I znów tu jest jakiś przebłysk nadziei, że Miłosierdzie Boże zażegna spory i niesnaski, mordy i przemoc.

Budynek merostwa

Budynek merostwa

Nowy mer bagandou

Nowy mer Bagandou

W międzyczasie odbyła się też huczna inwestytura nowego mera (ktoś w rodzaju polskiego wójta) w naszej zapomnianej gminie. Co prawda urząd merowski jest tak postarzały, że chylący się ku upadkowi budynek kolonialny nie służy już politycznej sprawie, a jedynie przypomina bezpowrotną historię kolonializmu. Nowa zaś lokalna władza zasiada do obrad w oberży. Policja przywdziała mundury służbowe i przystąpiła do ulubionej, lukratywnej służby w rozstrzyganiu sporów. Traktując jakąkolwiek sprawę na płaszczyźnie prawnej, mają nieograniczone prawo własne przyłożyć mandat, który ląduję w kieszeni aparatczyków.

Niestety i mnie nie ominęła afera policyjna. Ofiarą był mój ogrodnik, prasowacz bielizny. Jest to pocieszny 40-letni karzeł Hug trzymany od 14 lat na Misji jako ten, któremu musi się okazać miłosierdzie, gdyż inaczej bez pracy wróciłby do poprzedniego stanu. A kiedyś był istnym popychadłem dzieci i starszych. Dzięki pracy na misji jest Kimś i wywołuje gorzki niesmak zazdrości wśród wielu, którzy mieliby chętkę zastąpić jego małą produktywność w pracach misyjnych.

Dzieci na tyle się go nie boją, że nawet w ciągu jego pracy przeskakują ogrodzenie Misji i kradną, co im się uda zjeść czy sprzedać. I tak ostatnio posmakowały im całkiem niedojrzałe ananasy. Wysłali więc chłopca gdzieś w wieku 6, 7 lat, aby plądrował ogródek. A że maluch nie zdołał się wydostać z rąk naszego karła Huga, ten mu związał ręce i posadził na pace samochodu, aby sprowadzono rodzica do odebrania złodziejaszka. Przyszła jedna kobieta i zabrała go gdzieś po 15 minutach, pomstując na starszych chłopców, którzy wykorzystują maluchów do niecnych czynów, a sami zwinnie zmykają z miejsca przestępstwa.

Ot, historia jakich wiele w Afryce. Jednym słowem dziecku się upiekło, bo normalnie w takich sytuacjach złodziej dostając się w ręce poszkodowanych zostaje pobity, często masakrowany, a nawet zdarzają się przypadki zatłuczenia złodzieja na śmierć. Nie omija to nawet dzieci.

Jednak gdy właściwa matka usłyszała o tym, co dziecko zrobiło, pędem wypisała pozew na policję, że jej synalek był związany i wrzucony do kontenera. Policja interweniowała szybko, bo pół godziny po zajściu nasz Hug miał stawić się na posterunku. Matka chciała go tam w zasadzie tylko upomnieć i nie żądała nic w zamian. Jednak policja nie chciała, by taki łakomy kąsek wymknął się spod majestatu prawa (czy raczej bezprawia…). Zasądzili mu poważną kaucję 20 tys. franków CFA czyli 30 euro, a zatem ponad połowę jego miesięcznego zarobku.

Wtedy ja wkroczyłem do akcji, nie mogłem dopuścić do tak jawnej niesprawiedliwości. Sprawę przedstawiłem merowi wraz z jego radą. Zagroziłem zaskarżającym zażaleniem do prefekta i wyższych władz. Gdy policja dowiedziała się o mojej interwencji, to przetrzymywanego przez 4 godziny w areszcie Huga zwolniono z połową wcześniej zasądzonej kaucji. A po godzinie sam mer w towarzystwie jednego z radnych naszego Kościoła pojawił się w moich skromnych progach tłumacząc, że grzywna została unieważniona i bynajmniej nie chodziło o jakieś niesprawiedliwe traktowanie naszego pracownika, ale tylko o przykładne pouczenie. Koń by się uśmiał, ale ja musiałem przyjąć z powagą faryzejskie tłumaczenie.

Na ile nam w życiu potrzeba być miłosiernymi, na ile łagodnymi jak gołębie, a na ile przebiegłymi jak węże? Pytam siebie w czasie takich prób wiary i miłości. Chyba tutaj nie mam zasady; każda sytuacja i każda sprawa ma być odzwierciedleniem prawdy i dobra, a nade wszystko miłosierdzia. Czyńmy je więc. To tylko mała dygresja w stronę tych, którzy miłosiernie patrzą na moje zamiary budowy, a jeszcze bardziej tych, którzy może też zechcieliby się włączyć w to dzieło finansowo, modlitewnie czy nawet osobiście, wcielając w czyn ideę miłosierdzia. Coś drgnęło z budową! Ale aby nie zapeszać, napiszę więcej kiedy już się stanie to, na co czekam od dłuższego czasu. A czego oczekuję? O tym poinformuję w następnym wpisie.