Ks. Mieczysław Pająk
Aktualności
  • W fazie upiększeń

    Zasady zysku, handlu, lukratywnego biznesu na dobre pochłonęły umysły i serca nie tylko bogatej Ameryki (czego […]

  • Sztafeta nie olimpijska, ale misyjna

    Od wieków przeciętny człowiek pożąda chleba i igrzysk. Te ostatnie z Rio przebrzmiały, bezpowrotnie odeszły do […]

Imieniny

Generalnie w RŚA jest spokój, ale…

Mija już okrągłe 10 dni od wylotu z Kraju Ojczystego do dżungli radości – jak to moje sioło w buszu afrykańskimMisja Bagandou Mieczysław Pająk nazwała kiedyś TVN Religia w związku z kręconym o mojej misji filmie. Nie do końca to radosna kraina, przynajmniej nie pod każdym względem. Zanim opisze pozytywne wydarzenia zacznę od tego bolesnego dla mnie. Podczas mojej 3 miesięcznej nieobecności dokonano zabójstwa dwóch niewinnych kobiet za niespodziewaną śmierć syna. Zrobili to gniewni młodzi w odwecie za swojego kolegę, którego nie była w stanie uratować nasza ekipa szpitalna, po wcześniejszych czarodziejskich zabiegach jakiegoś miejscowego znachora. Zazwyczaj leki szpitalne nie korespondują z tradycyjnymi recepturami quasi uzdrowicieli.

Po tym linczu na dwóch kobietach na spotkaniu z ludnością Bagandou pojawił się sam wojewoda-prefekt i sędzia z Prefektury. Nastraszyli sądami i więzieniem za barbarzyńskie czyny. Jednak sprawcy stąpają po ziemi i wożą się na motorach całkiem swobodnie po wiosce. Jako taka, wznawiająca pracę powojenna policja nie radzi sobie jak na razie z żadnymi wykroczeniami. Nieco kuriozalnym było spotkanie biskupa i księży naszej Diecezji Mbaiki z sędzią trybunału wojewódzkiego, który zaapelował do biskupa, aby ten postarał się o nowe więzienie dla jego klientów.

Czas mojej nieobecności na misji był bardzo wymagający dla mojego współpracownika księdza Pawła. Miał do wyspowiadania prawie całość parafii przed świętami Wielkanocy, a także przygotowanie katechumenów do chrztu i Komunii św. Miał ich w sumie w dwóch wioskach aż 63 osoby. Zrobił też w tym czasie na domu dla biednych nowyBagandou - Republika Środkowej Afryki dach z blachy.

W między czasie władze szpitalne poszły na wymianę. Pani Elżbieta Wryk po 7 latach zarządu i pracy w szpitalu wraca do Polski. Zostaje zastąpiona przez inną wolontariuszkę z Polski.

Samo wejście do samolotu (ha, jak obliczyłem już 9 raz z Paryża do Bangui) podniosło mi trochę adrenalinę. Wśród ok. 300 pasażerów do RCA i Kamerunu zauważyłem dwóch Włochów, którzy zmierzali na poświęcenie w jednej z moich wiosek kaplicy i przedszkola. Wiedziałem wcześniej przed odlotem z informacji z mojej Misji, że nasz tutejszy biskup odwołał to poświęcenie ze względu na bierzmowanie w innej parafii. Musiałem się więc wysilić na odrobinę dyplomacji, żeby gościom w drodze powiedzieć przy odlocie z Paryża, że poświęcenie jest odwołane. Z humorem i przekąsem zapytałem: czy mają dla mnie sakrę biskupią z pozwoleniem na poświęcenie. Zawyrokowałem, że święto musi się odbyć, bo liczyłem na ich obecność, a 2 lata odkładania tego wydarzenia to lekka przesada. Zwłoka miała związek z kiepską kondycją zdrowotną głównej sponsorki i zarządczyni stowarzyszenia z Italii (które wybudowało i subwencjonuje naukę dzieci) przez co biskup jej ciągłe zmiany daty poświęcenia przestał traktować poważnie. Z przywileju biskupiego nic nie zyskałem. No może jedynie satysfakcję, że oni o wybiegu biskupa już wiedzieli i liczą, że z poświęceniem sobie poradzę. Po wylądowaniu udało mi się w stolicy zakupić cukru, ryżu, cebuli i przypraw, a po drodze do Bagandu nabyć ok. 20 nabojów do strzelb myśliwskich na szybkie polowanie na dziczyznę. To drugie nie wypaliło Pigmejom. Trzydniowa wyprawa w dżunglę zaowocowała tylko dwoma małymi gazelkami i złapanym jednym rosłym szczurem. Ale nawet gdyby szczur wiekowo przerastał gazelki to na ok. 500 ludzi było to niezbyt obfite i wyszukane menu. Dzieci w liczbie około 200 uczniów szkoły i przedszkola zadowoliły się kaszą z ryżu, cukru i mleka a reszta świata cierpliwie czekała na to, co żony nauczycieli ze szkoły i przedszkola przygotowały dla gości.

Znajomi pytają mnie namolnie: jak prace przy budowie kościoła? Ciężko mi się tłumaczyć, że nic zachwycającego nie mam do opowiedzenia o podjęciu prac przy budowie. Wykonawca już po dziesiątkach prób naprawienia towarowegoPrace przy budowie drogi Bagandou mercedesa, już mam serdecznie dość jazdy 160 km do stolicy nie swoimi bagażówkami. Samochód jak nie jeździł, to mimo że czasami po wymianie jakiejś części motor zatrybi, to i tak dalej stoi bezużyteczny. Liczył już bardzo na to, co mu wcześniej obiecałem, że skoro tylko mechanik wymieni przy moim z Misji Lund Cruiserze części przywleczone z Polski, że dam mu go do rąk, aby w końcu rozpoczął zwózkę materiałów. Jednak nie tak prosto z marszu. Otóż aby nie stało się z moją toyotą tak jak z jego mercedesem, poleciłem mu najpierw zebrać ekipę do naprawy dróg dojazdowych do miejsc gdzie jest składowany materiał. Jednak przeliczyłem się co do jego zdolności remontowych drogi. Facetów, których zatrudnił zmordował jednodniową ciężką pracą przy kruszeniu pokaźnych kamieni i zatykaniem niemal wszystkich dziur. Zapowiedział im kilkunastodniową robotę, a przy tym nie zamierzał im lepiej zapłacić za litry wylanego potu. Na drugi dzień nocą jadąc na Msze św. do wioski przejechałem kawałek jego zreparowanej drogi. Przeraziło mnie to, że była ona w gorszym stanie niźli dotychczas. Dobrze się złożyło, ponieważ na 3 dzień wykonawcę wysłałem do stolicy z pięcioma tysiącami euro po zakup cementu i stali na kościół, a sam z jego o połowę mniejszą ekipą po 2 dniach prac drogowych, jestem już przy końcu remontów. Gorzej, bo zbyt delikatne, pourlopowe rączki poodparzałem od młota i kilofa, ale przynajmniej będę zdrowszy wiedząc, że gość wożąc materiał nie karczuje mi kół u wozu po fatalnie dziurawej drodze.

Dla wszystkich mających sympatię do mojej Misji i tego, co tu się dzieje przesyłam tę na szybko zredagowaną porcję ciepłych zdarzeń. Pozdrawiam i dziękuję za waszą asystencję szlakami mojej Misji. Niech Pan i Wam tak hojnie błogosławi, jak i mnie tak licznymi dobrami obdarza. Za co nie przestaję Mu z radością dziękować, najpierw za WAS a następnie za to, co tej naszej współpracy jest wynikiem.