Ks. Mieczysław Pająk
Aktualności
  • W fazie upiększeń

    Zasady zysku, handlu, lukratywnego biznesu na dobre pochłonęły umysły i serca nie tylko bogatej Ameryki (czego […]

  • Sztafeta nie olimpijska, ale misyjna

    Od wieków przeciętny człowiek pożąda chleba i igrzysk. Te ostatnie z Rio przebrzmiały, bezpowrotnie odeszły do […]

Imieniny
Nr Konta: 76 8804 0000 0001 0026 3144 0001

Cud(owność) Eucharystii w dżungli

Istnieje pewnego rodzaju tajemnicza zbieżność ludzkich zachowań, przekonań i wiary, które są wspólne wszystkim lokatorom naszego globu. Ale jeszcze bardziej zadziwia skryta jawność jednakowego działania Bożego wszędzie tam, gdzie człowiek zbliża się do majestatu Boga. A Ten z kolei potrafi się zniżyć i wejść w najuboższe zakamarki ziemskiego zamieszkania nawet tam, gdzie – można by rzec – człowiek przepadł z kretesem w oczach cywilizowanych ludzi; dobrym przykładem są choćby Pigmeje, żyjący w mało dostępnej dżungli w centrum Afryki. Jezus ciągle niejako rodzi się na nowo w ubożuchnej stajence, która jest symbolem tak wielu miejsc całkowicie zepchniętych na margines świata. Dla mnie wyrazem tej Bożej interwencji w życiu konkretnych ludzi jest wszędzie widoczna, namacalna wręcz, Boża Miłość. W języku polskim zwiemy Ją Miłosierdziem, choć tutejszy język sango nie wyrazi już tego terminu. Jednak Miłosierdzie Boże także i tutaj w zapadłych kniejach afrykańskiej dżungli świętuje swój jubileuszowy wymiar. Na różne sposoby tegoroczny Jubileusz jest obchodzony w naszej Diecezji Mbaiki, w parafiach i we wspólnotach modlitewnych. Można tu spotkać specyficzne akcenty wyrażania wdzięczności wiernych Bogu za Jego niezmierzoną dobroć. Jednym z takich wyjątkowych, oryginalnych pomysłów w oddawaniu czci Jezusowi Miłosiernemu jest niewątpliwie przedsięwzięcie mojego tutejszego, naszego diecezjalnego Biskupa Rino, Włocha.

Otóż polecił on księżom wykorzystać prezent od Papieża Franciszka z ubiegłorocznej pielgrzymki do RCA w bardzoPeregrynacja 02 nietypowy sposób. Dla zorientowania nadmienię, że Papież wręczył na koniec ceremonii w listopadzie 2015 r. na stadionie sportowym w Bangui każdemu biskupowi monstrancję z zaleceniem krzewienia większej czci wobec Jezusa Eucharystycznego w swoich diecezjach. Nasz Biskup przedsięwziął śmiały zamiar, wydając zalecenie kapłanom, w myśl którego każda parafia, każda kaplica i wspólnoty wiernych mają przyjąć Najświętszy Sakrament w papieskiej monstrancji i urządzić czuwania z Jezusem Eucharystycznym.

Nasza parafia miała do dyspozycji miesiąc czasu przeznaczony na peregrynację Jezusa po wioskach w pięknym darze papieskim; to jednak sam Pan Jezus w Białym Chlebie jest najwspanialszym darem Niebios, jaki człowiek mógł otrzymać. Widok i zrozumienie takich uroczystych procesji z monstrancją w rękach białego księdza przerastały niektórych wiernych, a zwłaszcza pogan i innowierców mniej zorientowanych w prawdzie o Eucharystii. Uczulony jestem na przesadną zabobonność Afrykańczyków. Tłumaczyłem więc, że mało ważna jest monstrancja od samego Papieża, ale jej Zawartość, czyli realny, choć niewidzialny sam Chrystus Jezus. Euforia niezwykłości przemarszów z monstrancją i adoracji całonocnych ściągała rzesze nie tylko katolików i wierzących. Niektórzy przydrożni obserwatorzy długich procesji porwani wiwatami i śpiewem katolików puszczali się w drogę za rozśpiewanych kordonem i wchodzili do wnętrza kaplic. Często nie mając pojęcia co się dzieje, gdy zauważali jak ksiądz błogosławi każdego wiernego Najświętszym Sakramentem stawali w kolejce, aby tuż przed kapłanem paść na kolana i uczynić dziwaczny znak niby-krzyża, jak to byli w stanie zaobserwować u reszty uczestników.

Procesje odbywały się we wioskach, w ich centrach. Inaczej było z przeprawami z wioski do wioski; my kapłani nie mając aż tak wspaniałego wehikułu jak w Polsce, czyli specjalnie desygnowanego auta do przekazywania Obrazu Jezusa Miłosiernego między kościołami, używaliśmy w przeprawie do następnej parafii niestety tylko motocykla, a ostatecznie samochodu transportowego. Jednak na mniejszych dystansach po 5, 10, 15 km między wioskami szliśmy na zmianę raz kolega ks. Paweł raz ja, niosąc Najświętszy Sakrament pośród wielbiącego Boga, wykrzykującego pieśni eucharystyczne tłumu.

Osobiście było to bardzo podniosłe dla mnie przeżycie, kiedy zlany potem dodatkowo z ręcznikiem na szyi, aby się bronić przed strugami cennego znoju przebyłem piechotą w towarzystwie samego Pana ponad 50 km. Jeszcze taki zaszczyt w żadnej placówce w Polce czy we Francji nie przytrafił mi się i nigdy by się to zapewne nie stało, gdyby nie misje.

Choćby największy trud jest niczym w zetknięciu z uzdrawiającą mocą Jezusa, który sam dał znać o swojej prawdziwości w nieziemskim Cudzie swojego Żywota. W jednym z najdalszych osiedli w dżungli oddalonym 110 km od centrum, gdzie od 2 lat przeprawa z naszej Misji jest najłatwiejsza tylko motocyklem, ks. Paweł podczas procesji zrobił rundę po wiosce. Większość mieszkańców tej osady to Pigmeje, choć katolikami są w większości Murzyni wioskowi. Jednak właśnie tam, gdzie kończy się nasz duszpasterski rejon przytrafiło się cos niezwykłego, co podchwycili wszyscy w tej wiosce jako cud Eucharystyczny.Peregrynacja 04

Jedna z niekatoliczek, Pigmejka należąca do związku Kościoła protestanckiego miała podczas czy też raczej po procesji wyciągnąć sobie z dużego lejącego wrzodu z szyi kawałek kości, która od 3 miesięcy jej przeszkadzała. Nie ruszała się sprzed domu, nie miała sił do pracy, a nadto guz nie pozwalał jej mówić, mogła jedynie wydawać bełkotliwe dźwięki; przy tym jeszcze była głucha i żeby zwrócić jej uwagę rzucano w nią kamieniami. Kiedy Ksiądz podszedł do jej domu i chciał pobłogosławić miejsce, córka chorej wpychała ją do domu, żeby nie przynosiła jej wstydu. Ale ta z uporem kobiety z Ewangelii (Mk 5, 21-34) cierpiącej na krwotok wydostała się z zamknięcia, skulona klęczała w niewielkiej odległości od błogosławiącego kapłana. Jakież było zdziwienie jej współziomków, kiedy po procesji pokazała im kość, którą wyciągnęła sobie z rany na karku; ową ranę wklęśniętą mogą wszyscy teraz oglądać, a ją niegdyś unieruchomioną z bólu i leżącą koło domu, mogą teraz widzieć, jak normalnie pracuje w polu i nosi na głowie miskę z maniokiem jak pozostałe kobiety. Fakt, czy może tylko urojenie, zapytałby sceptyk od „szkiełka i oka”. Ja jednak pytam: a czy przy tak wielkiej pokorze naszego Pana odwiedzającego tak odległe zakamarki dżungli nie mogło się przytrafić komuś coś całkowicie tak niezwykłego, by go poratować w swojej biedzie? Niech Jemu jedynemu będzie chwała i cześć, bo w końcu cuda dzieją się wszędzie tam, gdzie skryty jest nasz Pan w Eucharystii w tabernakulum. Jezus nie tylko uzdrawiał kiedyś, ale także i dziś może zrobić wszystko; potrzebna jest tylko (i aż) nasza głęboka wiara.

Teraz może niektórym z Czytelników nasunęło się pytanie: a kiedy Pan Jezus zamieszka w tabernakulum naszej nowobudowanej świątyni w Bagandou? Niestety trzeba westchnąć głęboko i stwierdzić z rezerwą: oj, nie szybko! Znający realia afrykańskich kunsztów budowlanych mogą się pocieszać i zadzierać głowę ze zdziwienia jak to robią niektórzy mieszkańcy przechodzący obok prawie gotowych murów, które już w dużej mierze są otynkowane. Jednak fachowcy murarki dużych gmachów powiedzieliby: jak to, tynk przed założeniem dachu!? Przecież on się odklei i spęka, kiedy jeszcze przez może miesiąc, może dwa mury będą nasiąkać od tropikalnych deszczów! I tutaj uspokoję rzeczoznawców tej branży, że tutejszy tynk jest robiony jedynie na cemencie i nie ma w sobie deka wapna, choć ono jest dostępne i tanie. Trzeba wiedzieć, że wysoka, nieustanna wilgoć powietrza osłabiłaby wapienną zaprawę i wręcz zniszczyła powłokę przykrywającą cegłę.kosciolRPA

A konstrukcji dachowej jeszcze potrzeba tygodni. Robotnicy, ci najwytrwalsi i najtwardsi, muszą uporać się na wysokości 9 m z solidnymi blokami z żelbetonu, które wieńczą mury i muszą utrzymać więzary krokwi, jak również krzyż ważący ok. 200 kg. Niestety niektórzy murarze „wymiękli”, kiedy poszła fama po wiosce, że jeden z murarzy spadł, co oczywiście nie było prawdą; miał on jedynie zawroty głowy i wymioty na rusztowaniu. Jednak udało się go spokojnie sprowadzić na ziemię. Po dniu odpoczynku wrócił do tej samej pracy. Niestety fala sensacji w uszach żon naszych murarzy zalała spokój ich serc i nakazały swoim bohaterom z murów schodzić i już tam nie wracać. A nuż kiedyś taka pogłoska mogłoby właśnie okazać się prawdą o ich mężach. Warto więc zapobiec tragedii przed czasem. Peregrynacja 03

Jednak pomyślny finał naszych ziemskich zadań kryje się w wytrwałości, bo to wykończone dzieło chwali mistrza, a i ten cel dla nas niebosiężny, ostateczny, w Ewangelii Jezusa zbawienny, jest w tym kategorycznym Chrystusowym stwierdzeniu: „ten będzie zbawiony, kto wytrwa do końca.” (Mk 13, 13). Nie można więc ani się poddawać, ani wątpić w pomyślny koniec naszych działań. Niech czują się zdopingowani i uhonorowani w dalszej trosce o wykończenie dachu i pozostałej całości kościoła wszyscy mi zacni dobroczyńcy i ofiarodawcy czasu, modlitwy, troski i zainteresowania budową. A krytykantom tego dzieła – bo i takich nie brak – niech Pan da nowe zrozumienie, że podważając słuszność stawiania kościoła w dżungli, być może stawiają siebie gdzieś pośród tych, co rozminęli się z przychodzącym Panem, bo nie rozpoznali czasu Jego nawiedzenia (Łk 19, 44). A skoro w ten sposób On pomógł ubogiej Pigmejce, to czy nie pozwolić Mu działać wszędzie tam, gdzie obierze sobie miejsce za swój dom w Najświętszym Sakramencie, aby czynić o wiele więcej niźli my potrafimy.