Ks. Mieczysław Pająk
Aktualności
  • W fazie upiększeń

    Zasady zysku, handlu, lukratywnego biznesu na dobre pochłonęły umysły i serca nie tylko bogatej Ameryki (czego […]

  • Sztafeta nie olimpijska, ale misyjna

    Od wieków przeciętny człowiek pożąda chleba i igrzysk. Te ostatnie z Rio przebrzmiały, bezpowrotnie odeszły do […]

Imieniny
Nr Konta: 76 8804 0000 0001 0026 3144 0001

Chiński Budda na usługach Jezusowego domu

Ten gigantyczny zlot ludzi młodych z całego świata do Polski, jakim są Światowe Dni Młodzieży, otwiera nam oczy na iście globalno-nieziemski przepych Boga w wielokulturowości, różnorodności ras, języków, zachowań ludzi, którzy łączą się w uwielbieniu naszego Jedynego Boga i Pana. W plejadzie młodzieżowych grup zmierzających do Polski na spotkanie z Ojcem Świętym, przedstawicieli setek państw, znalazła się również grupka młodych Centralnoafrykańczyków z misjonarzami na czele; głównym organizatorem był nasz biskup Polak Tadeusz Kusy. Wśród członków tej ekipy obecna jest również pewna Pigmejka, niezwykle urocza i mądra pielęgniarka, która odbyła staż w naszym szpitalu, a teraz jest już szefową miniszpitalika prowadzonego przez Polaków misjonarzy w dżungli daleko od naszego Bagandou. Jakąż radością było dostać się do grupy lecących do Polski mojemu byłem diakonowi, a potem wikariuszowi na naszej misji. Mówił, że nie omieszka odwiedzić również mojej rodziny. Ileż w tym pielgrzymowaniu na spotkanie z następcą św. Piotra jest misyjności Kościoła. Misyjności, która nas zadziwia i otwiera nasze czasami ciasne horyzonty polskiego chrześcijaństwa na powiew Ducha Świętego, który działa w całym uniwersum, gdzie tylko człowiek potrafi dostrzec w drugim człowieku współbrata.

Taka mało oczekiwana braterska dłoń przyszła mi tu z pomocą w ostatnich tygodniach ze strony Afryka Misja KatolickaChińczyków. Nie ma zbyt dużych przestrzeni nawet w Afryce, gdziekolwiek by tych miliardowych zwinnych ludzików nie spotkać. W sąsiednim Kongo Brazzaville wykupili tysiące hektarów ziemi pod swoje plantacje. U nas w Centralnej Afryce stali się kością niezgody dla Francuzów, byłych kolonizatorów tego kraju, kiedy to jeden z poprzednich prezydentów właśnie Chińczykom podarował złoża roponośne na północy. To zasadniczo stało się zarzewiem wojny. Zaś od pół roku w moje rejony pracowici Chińczycy zwieźli agregaty prądotwórcze, koparki, pompy i jakże przydatne mi rury do przetaczania z wodą żwirów z dołów na sita. A w jakim to celu? Wszystko jasne: drążyć, wiercić, grzebać do skutku w ziemi za błyszczącym kruszcem, tzn. oczywiście złotem.

W tych ich kopalnianych, projektowych zamiarach, przypadkowo ich odwiedziłem. Spodobała mi się forteca, którą stworzyli w środku lasów; na dziesiątkach metrów wygrzebali olbrzymi wąwóz, swoją parterową chatkę otoczyli ogrodzeniem z blachy i w koło wykopali trzymetrowy dół. Mnie jednak z chęcią wpuścili do środka, nawet znalazł się jeden taki, który zrozumiale wyrażał się po francusku, reszta (10 chłopa) uśmiechała się tylko przyjaźnie (bo to dla nich język francuski pozostaje kompletną chińszczyzną…).

Za drugim podjazdem do leśnego obozu Azjatów odważyłem się poprosić o wiertarkę do śrubowania Fermets Juillet 2016-4krokwi dachu na nowym budynku kościoła i jakież było moje zdziwienie, że nawet mi zakręcili na niej wiertło i już bez zrozumiałego dla moich uszu słowa, kłaniając się, jeden z szefów swoim nieco miałkliwym głosem mnie pożegnał.

Jednak widząc, że nie poradzę sobie w żaden sposób z wyciąganiem ponad szesnastometrowych ogromnych krokwi na wysokie mury kościoła, nie wiedząc do końca, co z nimi zrobię zabrałem żeliwne, masywne rury. Przy całym tym braterskim konszachcie tak wiele mi się kłaniali składając dłonie, że zdobyłem się na przekonanie, że to może chrześcijanie i na budowę kościoła są w stanie mi zrobić taką przysługę, aby bez obawy pożyczyć rury i osprzęt do ich skręcania.

Jednak co do ich chrześcijańskości nieco się przeliczyłem, bo po kilku dniach zawitali do mnie na misję swoim samochodem, przywieźli jednego ze swoich, którego wstawili w szpital pod kroplówkę i zaczęła się polsko-francusko-chińsko-afrykańska (czytaj: niezrozumiała) rozmowa o wszystkim i o niczym. Jednak smartfony i wypaśne telefony wyręczają ludzi od wielu niedogodności. Pokazał mi więc szef swoją rodzinę, swoją malowniczą hacjendę i, o zgrozo, swojego olbrzymich rozmiarów wielkiego złotego Buddę. I tu się zaczęło przedstawienie, kiedy mi tłumaczył że ten olbrzymich rozmiarów złoty bożek daje mu siłę i majątek. Ta nijak mi niepasująca do kościoła postać Buddy, nie odstręczyła mnie od zamiaru pożyczenia od pogan rur. To właśnie one uratowały mi najtrudniejszą część zadań przy montażu wieży na wyciąg dłuższych niźli wnętrze kościoła więźb dachowych skręconych na ziemi. Jakże było wielkie zdziwienie i pokaz nowoczesnych technologii wyciągania więzarów przy pomocy wielokrążka. Najznakomitszym czarownikom ludów Bantu i Pigmejów w tej części świata takie coś się nie przyśniło, aby wysokość szczytu kościoła złapała pułap ponad 10 metrów, z tak okazałych zbitych i zaśrubowanych desek krokiew, które miały blisko pół tony swojej wagi (dla naszych pigmejskich braci konstrukcje pokroju naszego kościoła są czymś w rodzaju drapacza chmur…).Fermets Juillet 2016-3

Fermts Juillet 2016-6A skoro o Pigmejach mowa, to nie omieszkam zaznaczyć innego faktu, który nas wszystkich, nawet białych, mocno poruszył. Otóż w siostrzanym ośrodku zdrowia jedna matka pigmejska urodziła córeczkę bez nóg i rąk. Jakże wielka to była afera na całą okolicę. Ojciec dziecka oświadczył kobiecie, że jeśli chce wrócić do domu na wioskę to absolutnie bez dziecka. I tu nasze siostry, kombonianki udały się do stolicy Diecezji, Mbaiki, aby tam prosić siostry misjonarki miłosierdzia Matki Teresy z Kalkuty o zaopiekowanie się dziewczynką. Te zgodziły się bez dyskusji zabrać i dziecko, i matkę. Jednak z czasem potrzebna będzie dla dziewczynki specjalistyczna opieka w Europie lub innej części świata.

Ważne jest jedno, że Bogu służymy najpierw w człowieku, bo w najbardziej kruchej ludzkiej postaci mieści się cud Jego życia, a budując świątynie, dotykamy Jego obecności w kruchym, ale jakże wspaniałym chlebie życia wiecznego. Dziękuję więc wszystkim za to, że wierzą aż tak mocno, żebym ja mógł dzięki ich wierze, ofiarom i modlitwie przezwyciężyć i sfinalizować najtrudniejsze prace, w które sam nie za bardzo miałem siłę zawsze z przekonaniem wierzyć. Chwała więc Bogu i Wam wszystkim za to, że nie tylko budujecie wraz z nami widzialne świątynie, ale pogłębiacie wiarę nas misjonarzy i razem współtworzymy Kościół Chrystusowy, „dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie” (2 Kor 5,1).