Ks. Mieczysław Pająk
Aktualności
  • W fazie upiększeń

    Zasady zysku, handlu, lukratywnego biznesu na dobre pochłonęły umysły i serca nie tylko bogatej Ameryki (czego […]

  • Sztafeta nie olimpijska, ale misyjna

    Od wieków przeciętny człowiek pożąda chleba i igrzysk. Te ostatnie z Rio przebrzmiały, bezpowrotnie odeszły do […]

Imieniny
Nr Konta: 76 8804 0000 0001 0026 3144 0001

Aby dotrzeć z miłosierdziem do wszystkich…

Często zdominowani jesteśmy przez priorytety, które sami sobie ustalamy albo ktoś nam je narzuca w danej dziedzinie życia zawodowego, społecznego, rodzinnego itp. Misjonarz też ma pewnego rodzaju rygor działania na polu ewangelizacji powierzonej mu przez diecezję, w której pełni swoją posługę. Mój Biskup, Włoch, ma swoiste zalecenia duszpasterskie dla księży miejscowych i dla misjonarzy. Papież nakazał biskupom w okresie Jubileuszu Miłosierdzia dokonać symbolicznego otwarcia drzwi ich katedr.

Odpowiadając na polecenie Papieża mój Biskup w swojej gorliwości o dostęp do łask Miłosierdzia Bożego dla wszystkich wiernych, zadecydował, że nie tylko on uchyli wrota katedry dla zgromadzonego na tę okazję tłumu, ale nadto wyjątkowo polecił tę czynność otwierania drzwi proboszczom w każdej parafii i kaplicach dojazdowych. W naszej Misji było to możliwe dzięki temu, że większość parafialnych kaplic posiada w ogóle drzwi. Niestety jeden z miejscowych księży z ościennej parafii na spotkaniu z Biskupem żalił się, że chciał wykonać jego nakaz, ale tylko w jednej kaplicy otworzył drzwi, bo tylko tam one były. Niestety inaczej to wygląda w innych kaplicach – szopach na kijach pokrytych liśćmi palmowymi, gdzie najczęstszymi gośćmi są baraszkujące sobie po ławkach wszędobylskie kozy.Kpidi PontNasz Biskup na miarę swoich oryginalnych pomysłów zdecydował, że jego duszpasterze muszą za wszelką cenę nakłaniać ludzi do sakramentalnego życia małżeńskiego. Nie wystarczy tylko mówić o miłosierdziu. Twierdzi, że sytuacja rodzin w naszych stronach, jak i właściwie w całym kraju, jest katastrofalna. Ani dzieci, ani młodzież nie mają odpowiedniego wzorca w klanach patriarchalnych, gdzie decydującą rolę odgrywał niegdyś ojciec, szef klanu. Obecnie aż nadto daje się we znaki totalne bezhołowie będące dziedzictwem wojny oraz zupełny brak panowania nad rozbojami, kradzieżami itd. Przyprawia to o ból głowy i poważne troski nas ludzi białych, wywodzących się spoza miejscowego kręgu.

Biskup posunął się jeszcze dalej, zalecając rodzicom z sakramentem małżeństwa poświęcać wodę i błogosławić swoje rodziny. Chociaż ta pierwsza możliwość samodzielnego poświęcania wody przez świeckich jest dla mnie zagadnieniem dyskusyjnym.

Kwestie udzielania sakramentów na misjach nie są zawsze jednoznaczne, a czasami rodzą się w tej materii poważne spory. Doświadczyłem tego w minioną niedzielę przy chrzcie w jednej z kaplic. 15 młodych ludzi w przekroju od 13 do 20 lat już nadawało się w kilku przypadkach nie tylko do sakramentu chrztu, ale również do małżeństwa. Jedna dziewczyna z wydatnym brzuchem, inna z wszystkimi atutami karmiącej matki, umotywowały swój akces do chrztu tłumacząc, że ojcowie dzieci są im na tę chwilę obcy, bo zostały porzucone przez kochanków. Ślub młodych jest tak niespotykaną sytuacją, że kiedy przed czterema laty młoda para z parafii katedralnej w mojej Diecezji Mbaiki zawarła związek małżeński, stała się obwoźnym fenomenem, tłumacząc mieszkańcom innych parafii, że tak też można. W okresie mojej długoletniej pracy jeszcze nie doczekałem się takiego ewenementu, aby młodzi przed życiem w luźnym związku pobrali się w kościele.

Niezwykle trudne jest przekonywanie kogoś, kto chodzi na katechezę 3, 4 lata, że teraz nie będzie miał chrztu, ale stanie się to możliwe dopiero wtedy, gdy zdecyduje się drugą połowę przyprowadzić przed ołtarz. A tych schodów nawet moi katechiści nie chcą sforsować. W tej właśnie kaplicy przed rokiem jedyny, leciwy katechista, mający ponad 60 lat życia zdecydował się na ślub przy Biskupie. Jednak teraz mając śliczną młodą 15-letnią córeczkę, chciał uchronić ją za wszelką cenę od szybkiego zamążpójścia. Kiedy przyjeżdżałem kilka razy przed chrztem na katechezę dwugodzinną, jej dzieciątko przebywało w ramionach babci, podczas gdy jego mamusia musiała słuchać nauk księdza. Ale ostatni kurs rekolekcyjny – 2 dni przed chrztem – trwający pół dnia zdradził prawdę o kandydatce do chrztu. Maleńkie, karmione piersią dziecko, nie wytrzymało dłuższej nieobecności matki i na zewnątrz kaplicy zaczęło lamentować wniebogłosy. Matka wyszła bez pytania nakarmić brzdąca. I wtedy już nie miałem wątpliwości, że skoro ma dziecko to i ma swojego stałego opiekuna. Oj, w tym momencie nastąpiło mocne starcie, którego celem było przekonanie katechisty, ojca dziewczyny i matki gorliwej chrześcijanki, że dziecko nie otrzyma chrztu; skoro córa doczekała się dziecka, to niech ureguluje swoją sytuację rodzinną.

I tutaj wynikła niebagatelna, ryzykowna potyczka; skonstatowałem stanowczo: skoro ty katechista przyzwalasz na takie zagrywki, to licz się z tym, że będziesz musiał sam ochrzcić młodzież. I tak przez dwa dni wszyscy mieli o czym zagorzale dyskutować. Katechista jest jedyny w wiosce i najważniejszy, a do tego jeszcze jest szefem wioski, więc komu jak komu, ale jego dziecku – w mniemaniu wszystkich – miał przysługiwać przywilej chrztu. Znaleźli się nawet fałszywi świadkowie, że mężczyzna jego córy to młody chłopak, który w odległości 50 km robi liceum i tak właściwie to rzadko, a może nawet i wcale się nie spotykają.

W niedzielę chrzest rozpoczął się z półtoragodzinnym opóźnieniem. Musiałem nie tylko wysilić się na spokojne tłumaczenie wszystkim dlaczego tak jest, ale nadto wyspowiadałem zbuntowanego katechistę i jego żonę, bo byli podczas Mszy św. rodzicami chrzestnymi. Sam się przejąłem do głębi ich szczerą spowiedzią, a zwłaszcza kiedy owa kobieta, asystując do chrztu chrześnicy za szlochem wypowiadała „Chwała Ojcu” mając w sercu żal, że to szczęście ominęło jej córeczkę. Chociaż ja w prostocie słów tutejszego języka sango musiałem przekonać wszystkich, że w takiej sytuacji, gdzie po chrzcie dziewczyna wraca do łóżka ze swoim kochankiem, chrzest zamiast szczęścia ściąga na krętaczkę i kłamczuchę nieszczęście.

Przy tym całym pełnym wrażeń obrzędzie było mi dane doznać odrobinę pociechy: przez szeroko otwarte drzwi mnóstwo gapiów chciało zasmakować splendoru całkiem spokojnie przebiegającej uroczystości, aż tu nagle pojawiły się również znajome mi twarze transportujących ze stolicy cement na nowy kościół i drewno na rusztowanie. Zatrzymali się nieopodal na skrzyżowaniu, jechali już 3 dzień, z nieuniknioną awarią w drodze.Kpidi Pont - 4I tutaj radosna informacja dla tych, którzy wytrwale śledzą proces budowy kościoła. Transport dużego samochodu ze stolicy dotarł na miejsce, co prawda ze sporym opóźnieniem, ale ważne, że wszystko szczęśliwie się skończyło. W tygodniu rozklekotany samochód przez 6 dni zwoził jeszcze cegłę, piasek i żwir. W sumie mam już ponad 9 tys. sztuk cegły i dużą hałdę piasku i mniejszą żwiru.Kpidi Pont - 5Mury kościoła już się wyłoniły nad stojącymi od roku fundamentami na wysokość 2 metrów. Ale jak się to wizualnie przedstawia, zobrazuję następnym razem, kiedy pozbędę się wstrętnej malarii. Wtedy zrobię aktualne zdjęcia. Niechciane przypadłości misjonarzom jak najbardziej co jakiś czas się zdarzają. A duchowe owoce tej niemocy niech będą pewną formą wynagrodzenia dla tych, którzy dzielnie wspierają na różne sposoby dzieło budowy kościoła, wbrew wszelkim przeciwnościom. Oby powodów do radości z kolejnych sukcesów w procesie wznoszenia Domu Bożego było jak najwięcej.